Na forach budowlanych często widzę radę:
Tylko co ma zrobić ktoś, kto:„Musisz być codziennie na miejscu, inaczej będzie dramat”.
- pracuje na etacie 8–16 albo prowadzi firmę,
- ma dzieci / obowiązki,
- mieszka w innym mieście niż remontowane mieszkanie,
- a jednocześnie boi się, że bez jego obecności ekipa „popłynie”?
- setki telefonów,
- decyzje „na kolanie” (gdzie gniazdka, jakie płytki, co z progami),
- przesuwane dostawy, poprawki, dogadywanie kilku ekip naraz.
- projektant wnętrz (od koncepcji i rysunków),
- wykonawca (od robienia),
- ale często brakuje kogoś, kto łączy obie strony – pilnuje terminów, kolejności prac, odbiorów, materiałów.
Tutaj jest fajnie opisane, jak to działa na przykładzie mieszkania 50 m² i remontu bez urlopu:
I teraz moje pytania do Was (szczególnie tych, którzy mają już remont za sobą):
Czy braliście urlop na remont?
- ile czasu faktycznie spędziliście na budowie,
- czy to coś realnie zmieniło w jakości, czy raczej tylko w poziomie stresu?
- sami właściciele,
- ktoś z rodziny „złota rączka”,
- kierownik budowy / inspektor,
- czy ktoś w stylu koordynatora remontu (płatna usługa)?
- bardziej opłaca się „przeżyć” dwa tygodnie urlopu na budowie,
- czy zapłacić komuś za ogarnięcie pilnowania ekip, materiałów, terminów?
- źle położone płytki / gniazdka nie w tym miejscu,
- poprawki po kilku miesiącach,
- przeciągający się remont, bo nikt nie pilnował harmonogramu.
- Czy widzielibyście sens w kimś, kto pilnuje remontu po Waszej stronie, gdy Wy jesteście w pracy?
- Czy raczej uważacie, że „bez właściciela na miejscu nic dobrze nie wyjdzie”?
